niedziela, 25 września 2016 14:05
  • rozmiar czcionki zmniejsz rozmiar czcionki zmniejsz rozmiar czcionki zwiększ rozmiar czcionki zwiększ rozmiar czcionki

Jak Duch Boży w nas pracuje, by w pełni objawiło się w nas nowe stworzenie? Część pierwsza: o sercu skruszonym przed Bogiem – Ela Świerczyńska

Bez szczerości i otwartości, która często wyraża się w skrusze przed Bogiem niemożliwe jest, by Jego Słowo wydało w naszym życiu trwały owoc.

Chcesz być na bieżąco? Polub nas

„Ofiarą Bogu miłą jest duch skruszony, Sercem skruszonym i zgnębionym nie wzgardzisz, Boże.” (Psalm 51:19)

Jest coś w człowieku, co każe mu zakładać maskę na twarz i udawać superbohatera – szczególnie kiedy jest kiepsko. Przenosimy to czasem na naszą relację z Bogiem, jakby dało się przed Nim cokolwiek udawać. Wtedy sami budujemy mur pomiędzy nami, a naszym Ojcem Niebieskim, chociaż Jezus zburzył wszelkie "mury nieprzyjaźni" przez swoją śmierć na krzyżu (patrz: Efezjan 2:14) i na pewno nie jest Jego wolą, by ktoś je na nowo wznosił.

Bez szczerości i otwartości, która często wyraża się w skrusze przed Bogiem niemożliwe jest, by Jego Słowo wydało w naszym życiu trwały owoc. Możemy to zauważyć w przypowieści o siewcy, którą Jezus wygłosił w kazaniu na Morzu Genezaret:

Oto wyszedł siewca, aby siać. A gdy siał, padły niektóre ziarna na drogę i przyleciało ptactwo i zjadło je. Inne zaś padły na grunt skalisty, gdzie nie miały wiele ziemi, i szybko powschodziły, gdyż gleba nie była głęboka. A gdy wzeszło słońce, zostały spieczone, a że nie miały korzenia, uschły. A inne padły między ciernie, a ciernie wyrosły i zadusiły je. Jeszcze inne padły na dobrą ziemię i wydały owoc, jedne stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha.

(Mateusza 13: 3b-9)

Oto jak tłumaczy tę przypowieść sam Jezus:

Wysłuchajcie więc podobieństwa o siewcy. Do każdego, kto słucha słowa o Królestwie i nie rozumie, przychodzi Zły i porywa to, co zasiano w jego sercu: to jest ten, kto jest posiany na drogę. A posiany na gruncie skalistym, to ten, kto słucha słowa i zaraz z radością je przyjmuje, ale nie ma w sobie korzenia, nadto jest niestały i gdy przychodzi ucisk lub prześladowanie dla słowa, wnet się gorszy . A posiany między ciernie, to ten, który słucha słowa, ale umiłowanie tego świata i ułuda bogactwa zaduszają słowo i plonu nie wydaje. A posiany na dobrej ziemi, to ten, kto słowa słucha i rozumie; ten wydaje owoc: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, a inny trzydziestokrotny.

(Mateusza 13: 18-23)

Kiedyś gdy patrzyłam jak wysiewana była trawa, Duch Święty zaczął do mnie mówić i przypomniał mi tę przypowieść w odniesieniu do pracy, którą On chce wykonać w naszym sercu. Jeżeli chcemy zmian i pełni Królestwa Bożego w naszym życiu – musimy pozwolić Mu zrobić z nas glebę żyzną. Czy dzieje się to w sekundę? Według tych słów Jezusa – wcale nie. Jest to proces.

Czego wymaga? Po pierwsze wyrwania cierni i większych chwastów – a są chwasty typu oset, są też mega-chwasty typu olcha z głębokim i rozbudowanym systemem korzeniowym, który trzeba usunąć traktorem. Według Jezusa tego typu ciernie i chwasty to miłość do światowych, bezbożnych rzeczy. Niektóre typy można z naszego życia wyrwać szybko, wystarczy, że powiemy Bogu "tak", ale inne wymagają intensywnych działań usuwających szerokie i mocne korzenie - i to dzieje się przy dłuższej współpracy z Duchem Bożym.

Wymaga też przeorania kawałka ziemi, żeby dostać się do głębszych warstw gleby, co usuwa pozostałości korzeni chwastów i pozwala potem dobremu ziarnu głębiej się zakorzenić. Przeorania takiego, by nie przypominało „gruntu skalistego”. Myślę, że cała ta praca dzieje się przede wszystkim przez pokutę, w której nasze serce jest najpierw skruszone, ale następnie też nawodnione mocą Ducha Świętego (by nie było „drogą” z przypowieści). Pokutę, w której otwieramy się na Jego głos korekty.

Ostatnio niestety często możemy się spotkać z twierdzeniem, że Bóg nie chce nas wcale korygować i mówić nam o naszych grzechach. Nasze nawrócenie – jako greckie „metanoia” - ma oznaczać tylko zmianę myślenia. Nie wymaga od nas wypowiedzenia żadnego „przepraszam” pod adresem Boga. To znaczy: wystarczy sobie postanowić, że od dziś działam inaczej i już wszystko jest ok. Po pierwsze jest to rażący skrót myślowy, ponieważ „metanoia” jest pojęciem mocniejszym niż sama zmiana opinii w jakiejś sprawie – „noia” od słowa „noos” obejmuje cały umysł, czyli nie tylko obszar logicznego rozumowania, ale też nasze emocje, wolę, sposób, w jaki postrzegamy siebie i świat. Poza tym biblijna „metanoia” jest niemożliwa do przeprowadzenia bez pomocy Ducha Świętego – dlatego Paweł mówi, że dopiero gdy według Ducha będziemy postępować (czyli też: idąc za Duchem Świętym), to nie będziemy pobłażać żądzy cielesnej (Gal 5:16).

Nie damy rady sami się nawrócić lub zmienić na obraz Jezusa – potrzebujemy otworzyć się na relację z Duchem Świętym. Nie otworzymy się na relację z Bogiem bez usunięcia maski z twarzy i bez przyznania się do błędów. Bez nazwania zła – złem. Bez zrozumienia, że nasz grzech, nawet tak akceptowalny społecznie jak drobne kłamstwo, był rzeczą straszną, która przybiła Jezusa do krzyża. Jeśli kocham Jezusa, to wywoła to u mnie jakieś poczucie smutku – i to jest Boży smutek, który nie zabija potępieniem, ale pozwala, by serce stało się lepsze. Jest on potrzebny. Paweł pisze:

„Albowiem smutek, który jest według Boga, sprawia upamiętanie ku zbawieniu i nikt go nie żałuje; smutek zaś światowy sprawia śmierć” (2 Koryntian 7:10)

Oczywiście gdy po prostu rozumiem, że grzech jest grzechem i samemu staram się zmienić, mogę jedynie zapędzić się we frustrację. To tylko żywa miłość do Jezusa sprawia, że nie kłamię i nie grzeszę. Jest to miłość, którą rozbudził On sam, a ja się na nią po prostu otwieram - przyszła całkowicie na podstawie Jego łaski. Ale jeżeli Go kocham, to w końcu nie grzeszę. Jeśli grzeszę, to nie poznałam Go na tyle, by naprawdę Go kochać i pozwolić Jego miłości mnie zmieniać (patrz: 1 Jana 3:6). Wyjściem jest jeszcze większa szczerość przed Bogiem, słuchanie Jego głosu i postępowanie zgodnie z nim.

Tym bardziej, starając się wykonać duchową pracę przemiany umysłu poprzez pozytywną afirmację (i to nawet takiej prawdy jak „Jezus umarł za moje grzechy i jestem nowym stworzeniem”), też wejdę we frustrujące działania oparte na martwych uczynkach, które żadnej korzyści mi nie przyniosą. Jeżeli, co gorsza, w ogóle nie myślę o przyczynie pojawienia się grzechu w moim życiu i nie staram się rozprawić z korzeniem całej sprawy – to mogę doprowadzić do sytuacji, w której zablokuję wszelkie uczucia skruchy, mimo że będzie przez nią chciał działać Duch Święty i znieczulę się na fakt popełniania danego grzechu. W rezultacie takiego działania serce staje się twarde – staje się gruntem skalistym i wszelkie Słowo Boże zaczyna na nim usychać, o czym czytaliśmy w przypowieści o siewcy.

Jak osoba, która nieustannie bagatelizuje głos Ducha Świętego, odzywający się w jej sumieniu, będzie w stanie usłyszeć Go w innych kwestiach? Sama Go blokuje i sprawia, że jest to niemożliwe.

I to mnie właśnie martwi w niektórych ruchach, które ostatnio stają się „trendy”, a zachęcają przede wszystkim do suchego wyznawania prawdy, że Jezus umarł już za wszystkie nasze grzechy – te, które popełniliśmy w przeszłości i te, które jeszcze popełnimy – wyznawania bez odczuwania żadnej skruchy i bez mówienia Bogu „przepraszam”, a ponadto krytykują za chęć dociekania przyczyn, czy też korzeni nieustannie powtarzających się grzechów („bo skoro Jezus już za grzechy umarł, to nie można o nich w ogóle myśleć”).

Przemiana umysłu to nie jest mechaniczne powtarzanie słów „jestem nowym stworzeniem”, zamiana doktryn na nowe, ale otworzenie się na Boga i działanie zgodne z Jego głosem. Jeżeli po otworzeniu się na Boga, staje mi przed oczami jakiś grzech z przeszłości i czuję z jego powodu żal, to nie powinnam go blokować i ogłaszać, że się nie zdarzył – po prostu mogę go omówić z moim Ojcem Niebieskim i zastosować Jego terapię. Jeżeli pokaże mi jakiś sposób myślenia, który ciągle Mu we mnie przeszkadza, to również nie powinnam go zamiatać pod dywan ogłaszaniem, że go we mnie już nie ma. Często Bóg chce wtedy rozprawić się z całym systemem korzeniowym, który karmi dany styl myślenia i muszę wówczas mieć serce skruszone, nasłuchujące Jego głosu, aby Jego cięcie było precyzyjne – a działanie prędkie i skuteczne. Wypieranie danej myśli tylko zatwardza serce i przeszkadza Duchowi Świętemu w działaniu.

Czego więc chcemy? Czy chcemy, by zmiany przychodziły do naszego życia? Czy chcemy, by owoce działania Ducha Świętego były trwałe? Czy pozwolimy Mu działać? Cała praca, którą On chce w nas wykonać, zaczyna się od skruszonego serca. Nie przeskakujmy tego etapu, bo nie warto!

 

źródło: tekst autorski otwarteniebo24.pl

(Ela Świerczyńska)

Magazyn