piątek, 02 grudnia 2011 20:02
  • rozmiar czcionki zmniejsz rozmiar czcionki zmniejsz rozmiar czcionki zwiększ rozmiar czcionki zwiększ rozmiar czcionki

W miłości jest moc do wzbudzania martwych!

  Miłość jest tak ważna, że nam trudno to pojąć. Ważniejsza jest niż mówienie do Boga językami, rozmowy z Bogiem, uzdrowienia, niż przenoszenie gór wiarą. „Czy to może być prawda?"

Chcesz być na bieżąco? Polub nas

Po tylu latach miałem się wreszcie dowiedzieć, co to znaczy. Przez mój osąd osoby mogłem związać ją wstanie, w którym pragnąłem odmiany. Przez brak przebaczenia stałem na przeszkodzie Duchowi Świętemu. Nie mógł przekonać tej osoby i pomóc jej.

Ustępując z pozycji osądzania wcale nie stwierdzam: "On ma rację, ja się mylę". Przebaczenie oznacza: „On może się jak najbardziej mylić, ale nie jestem sędzią". Oznacza to, że już nie związuję żadnej osoby na ziemi. Oznacza to, że wstrzymuję się od sądu.

Było to trudne, ale potem nastał pokój. Pan ukazał mi, że jestem skłonny do osądzania. To blokowało moją efektywną służbę wśród tych, o których myślałem, że są w błędzie.

– „Nie przebaczasz – stwierdził jasno. – Jesteś oskarżycielem. Ja chcę, abyś był obrońcą".

(...)

Do dzisiaj rzadko kiedy posługuję bez krótkiego przedstawienia historii swojego życia z podkreśleniem przeżycia przebaczenia. To jest wieść od Jezusa – przebaczenie z Krzyża, udzielenie Ducha i prowadzenie w służbie przebaczenia. Wtedy przychodzi chrzest w Duchu Świętym. Wtedy przychodzą cuda.

(...)

Był wczesny ranek we wrześniu 1964 r. Przybyłem, jako jeden z pierwszych, jeszcze przed otwarciem olbrzymiej bramy. Specjalna przepustka na sesję historycznego Soboru Watykańskiego – zwołanego przez papieża Jana XXIII i kontynuowanego przez jego następcę papieża Pawła VI– uprawniała mnie do zajęcia bardzo dobrego miejsca w olbrzymiej Bazylice Świętego Piotra, na lewo od tronu papieskiego. Poszedłem od razu na miejsce. O tej godzinie obserwatorów było jeszcze niewielu.

Podczas celebrowania specjalnej mszy siedziałem zupełnie sam. Dobrze, że byłem sam. Moje myśli i uczucia były mieszane. Czułem jednak świeży powiew Ducha Świętego w pełnej przepychu, smutnej i ciężkiej liturgii.

Siedząc tam odczuwałem, że działo się ze mną to, co przeżywałem każdego dnia pobytu w tym miejscu: czułem, że roztapiam się, jestem kruszony. Gdy msza się rozpoczęła, zacząłem płakać. Nie wiedziałem dokładnie, dlaczego płaczę. Ale byłem zasmucony. „Czy zasmuciłem Ducha Świętego przychodząc tutaj?" – zastanawiałem się.

Nagle zrozumiałem, że mój smutek nie jest nie na miejscu. Moje serce bolało nad tym hierarchicznym zgromadzeniem nie dlatego, że przekroczyłem Bożą wolę, lecz dlatego, że mój duch patrzył dalej ponad trzema tysiącami teologów, biskupów, arcybiskupów, kardynałów i innych. Mój duch widział sześćset milionów ludzi z całego świata, których reprezentował Sobór. Płakałem wewnątrz: „Panie, co się z nimi stanie? Mają zginąć dlatego, że władze tak często błądzą? To chyba zbyt wielka kara".

Płakałem, ale nie był to gorzki płacz. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moja zgorzkniałość i podejrzliwość zostały całkowicie usunięte. Wylewałem łzy współczucia i byłem za to wdzięczny Bogu. Gdy tak siedziałem, Duch Święty udzielił mi kolejnej cennej lekcji. W moich myślach formowały się słowa: „Gdy Jezus ujrzał świątynię, zapłakał. Dopiero potem wszedł do środka z biczem, by ją oczyścić. Nie próbuj nigdy bić kogoś – naprawiać go – zanim nad nim nie zapłaczesz". Widziałem to bardzo wyraźnie. Miałem dobre towarzystwo w moim płaczu – samego Jezusa."

Mr Pentacost, David du Plessis

(Strona 2 z 2)

Magazyn