niedziela, 12 kwietnia 2015 10:43
  • rozmiar czcionki zmniejsz rozmiar czcionki zmniejsz rozmiar czcionki zwiększ rozmiar czcionki zwiększ rozmiar czcionki

Tylko Bóg jest twoim duchowym Ojcem!

  „Ale wy nie pozwalajcie się nazywać Rabbi, bo jeden tylko jest - Nauczyciel wasz, Chrystus, a wy wszyscy jesteście braćmi.Nikogo też na ziemi nie nazywajcieojcemswoim; albowiem jeden jest Ojciec wasz, Ten w niebie.Ani nie pozwalajcie się nazywać przewodnikami, gdyż jeden jest przewodnik wasz, Chrystus.Kto zaś jest największy pośród was, niech będzie sługą waszym” (Mt 23:8-11)  

Chcesz być na bieżąco? Polub nas

 

Już od prawie 10 lat ciągle silnie podkreślany jest temat braku ojcostwa. Mówi się o jego szczególnej potrzebie w kościele, a także na innych płaszczyznach życia społecznego. Budowanie właściwego wzoru mężczyzny-ojca jest zdecydowanie potrzebne w kraju takim jak Polska, gdzie przez całe pokolenia mężczyźni byli wysyłani na front i ginęli – jak nie w wojnach, to w powstaniach narodowowyzwoleńczych. U dziecka brak jednego z rodziców lub też zaniedbania dokonane przez ojca, czy matkę zawsze będą otwierały drogę do zaburzeń tożsamości i by zniwelować ten problem trzeba będzie z nim rozpocząć pracę terapeutyczną.

Jednak w przypadku kościoła często słyszymy nauki, które wręcz stwierdzają, że bez konkretnego człowieka, który pełni w naszym życiu rolę przywódcy-ojca duchowego, żaden człowiek nie jest w stanie wejść w pełnię swojego powołania w Bogu. Musimy zatem mieć pastora-ojca duchowego. Stoi to w zaskakującej sprzeczności ze słowami Jezusa:

Ale wy nie pozwalajcie się nazywać Rabbi, bo jeden tylko jest - Nauczyciel wasz, Chrystus, a wy wszyscy jesteście braćmi.Nikogo też na ziemi nie nazywajcie ojcem swoim; albowiem jeden jest Ojciec wasz, Ten w niebie.Ani nie pozwalajcie się nazywać przewodnikami, gdyż jeden jest przewodnik wasz, Chrystus. Kto zaś jest największy pośród was, niech będzie sługą waszym” (Mt 23:8-11)

Jezus wyraźnie stwierdził, że mamy tylko jednego Ojca – Boga Ojca, który jest w niebie. Ustalił też wzajemną relację pomiędzy chrześcijanami – wszyscy jesteśmy braćmi.

Jest to bardzo ważna prawda duchowa i nie powinniśmy jej lekceważyć. Każdy z nas powinien w swoim chrześcijańskim życiu dojrzeć do momentu, gdy realnie czuje, że to Bóg Ojciec jest jego/jej Ojcem Duchowym i że to On nas prowadzi. Każdy z nas powinien zbudować relację z niewidzialnym Bogiem. To jest prawdziwa dojrzałość duchowa – i tylko ona nam zapewnia tzw. „ojcowski parasol”.

Jakie są zagrożenia opierania się na ludzkim ojcostwie duchowym? Komentując zachowanie faryzeuszy, Jezus powiedział, że przez stawianie siebie w pozycji duchowych ojców „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą.” (Mt 23:13). Sugeruje nam to, że możemy na swojej drodze spotkać takich duchowych przywódców, którzy sami będąc przyblokowani w jakiejś sferze relacji z Bogiem, będą nas wręcz zniechęcali od wchodzenia w Boże powołanie.

Jest to jednak sytuacja ekstremalna i takich ludzi jesteśmy w stanie rozpoznać dość szybko. Czy jednak w sytuacji gdy mamy całkiem dobrego ojca duchowego możemy zrezygnować z szukania relacji z niewidzialnym Bogiem Ojcem? W świetle słów Jezusa absolutnie nie. Możemy nawet powiedzieć, że takie zachowanie wystawia nas na niebezpieczeństwo bałwochwalstwa.

Prorok Jeremiasz stwierdza: „Tak mówi Pan: Przeklęty mąż, który na człowieku polega i z ciała czyni swoje oparcie, a od Pana odwraca się jego serce. Jest ona jak jałowiec na stepie i nie widzi tego, że przychodzi dobre. Mieszka na zwietrzałym gruncie na pustyni, w glebie słonej, nie zaludnionej.” (Jer 17:5-6)

Następnie pokazuje sytuację, w której człowiek polega bezpośrednio na Bogu: „Błogosławiony mąż, który polega na Panu, którego ufnością jest Pan! Jest ona jak drzewo zasadzone nad wodą, które nad potok zapuszcza swoje korzenie, nie boi się, gdy upał nadchodzi, lecz jego liść pozostaje zielony, i w roku posuchy się nie frasuje, i nie przestaje wydawać owocu. (…) Nadziejo Izraela, Panie! Wszyscy, którzy cię opuszczają będą zawstydzeni, a ci, którzy od ciebie odstępują, będą zapisani na piasku, gdyż opuścili Pana, źródło wód żywych” (w.7-8, 13)

Jako protestanci często śmiejemy się z katolików, którzy szukają oparcia w modlitwach o pośrednictwo „bardziej ludzkiej” Maryi i chłoszczemy ich wersetem z 1 listu Tymoteusza: „Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus” (1 Tm 2:5). Śmiało mówimy, że nie można mieć żadnego innego pośrednika duchowego, bo to forma bałwochwalstwa i będzie miała zły wpływ na nasze życie duchowe. Jednocześnie, często jesteśmy zbyt leniwi, a czasem po prostu zbyt nieśmiali, by samemu szukać u Boga Ojca duchowych odpowiedzi na różne sytuacje, w których się znajdujemy i natychmiast biegniemy po pomoc do pastora. Chcemy, by jakiś pośrednik duchowy dał nam odpowiedź, a my się jej po prostu podporządkujemy – nie patrząc nawet na to, co nam osobiście podpowiada serce. Nie starając się zbudować z Bogiem więzi, która pozwoli Mu nas prowadzić. Czasem uważamy, że nie mamy prawa do własnego zdania, ani do własnego prowadzenia Duchem Świętym. To nie jest prawda i jeżeli nie zaczniemy szukać osobistej relacji z Ojcem, dojrzałej relacji, w której słyszymy Boży głos, a będziemy się opierać wyłącznie na tym, co mówią ludzie (nawet najwspanialsi) – w końcu będziemy cierpieć konsekwencje bałwochwalstwa.

Dla reformacji XVI wieku ślepą uliczką okazało się wyznaczanie ojców duchowych i następców tych „ojców”: był Luter, Kalwin i Zwingli. Następcą Kalwina był np. Beza, który długo się zastanawiał nad właściwością takiego nauczania. Doprowadziło to tylko do podziału na dwa wyznania (luteran i kalwinów), a następnie do prześladowania anabaptystów, którzy ośmielili się mieć bardziej zgodne z Biblią objawienie o chrzcie. Stare lwy reformacji, które nie zostały spalone na stosie przez kościół katolicki, zaczęły równie silnie prześladować młode lwy. Wiemy też, że już kościół w Koryncie stanął przed taką sytuacją, w której grupy wymyślały, kto jest ich „ojcem duchowym”. Była grupa Apollosa, była grupa Pawła, była też grupa Piotra. Też doprowadziło to tylko do sporów. Paweł bardzo ostro sprzeciwia się takiej sytuacji i mówi wprost: „Czy rozdzielony jest Chrystus? Czy Paweł za was został ukrzyżowany albo w imię Pawła zostaliście ochrzczeni?” (1 Kor 1:13)

Kościół jest jeden – jest to Kościół Jezusa. To On jest Głową i to przez Jego śmierć na krzyżu możemy śmiało ufać, że jeśli tylko poprosimy, to będziemy mieć relację z Bogiem Ojcem. Jezus powiedział: „Proście, a będzie wam dane… Czy jest między wami taki człowiek, który, gdy go syn będzie prosił o chleb, da mu kamień? Albo, gdy go będzie prosił o rybę, da mu węża? Jeśli tedy wy, będąc złymi, potraficie dawać dobre dary dzieciom swoim, o ileż więcej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobre rzeczy tym, którzy go proszą” (Mt 7:7, 9-11). Nawet jeśli popełnia się przy tym błędy, jeżeli tylko osoba jest szczera, to łatwiej „wyjdzie na prostą”, szukając odpowiedzi u Boga, niż rozpaczliwie szukając oparcia w jakimś człowieku. Dobrze jest słuchać rozmaitych rad przed podjęciem decyzji, ale w końcu trzeba ją podjąć kierując się własnym prowadzeniem od Boga. Bardziej niż nasze własne błędy, wynikające ze "zbyt gorliwej" interpretacji bożego prowadzenia, trzymają nas w niewoli sytuacje gdy posłuchaliśmy się rady – nawet dobrej – ale akurat nie bożej, bo nie chciało nam się samemu szukać Boga. Bo tak było wygodniej. Nie wspominając już o sytuacjach, które wymagają modlitwy o uwolnienie – gdy jest się związanym fałszywym poczuciem winy względem ludzkich przywódców, którzy szli dobrze, ale w pewnym momencie (jak to ludzie) zawiedli i sprowadzili nas na duchowe manowce.

Kontrargumentem często jest fakt, że w końcu Paweł nazwał Koryntian swoimi dziećmi i sam do nich mówi, że jest ich ojcem. Przede wszystkim, przez cały ten list Paweł kilkadziesiąt razy tytułuje Koryntian swoimi braćmi. Jest to więc pewien główny punkt odniesienia. Paweł może w tym momencie odnosić się do ich sposobu myślenia, dzielącego się na „Apollosowych”, „Pawłowych” i „Kefasowych”, ale nawet jeżeli pełnił wobec nich wtedy funkcję „ojca duchowego”, to przypadek Pawła nie niweluje tego, co powiedział Jezus. Na tym etapie, będąc niedojrzali, mieli Pawła jako wsparcie, tak silnie jak wsparcie ojca – nie jest to jednak sytuacja ostateczna i nie jest to sposób organizowania życia kościelnego. Podobnie przecież nie stoi w sprzeczności ze słowami Jezusa budowanie rodziny, w której dzieci nazywają rodziców: „mamą” i „tatą”. Jednak każdy mądry, dojrzały ojciec zgodzi się z takim twierdzeniem: „Swoim dzieciom możemy po prostu dać wszystko, co sami mamy. Dać im bez ograniczeń swój czas, zainteresowanie, wiedzę, miłość, środki materialne. Jednak ostatecznie dzieci same decydują, co z tym zrobią, a jak staramy się je do czegoś zmusić, to już jest kontrola i nie przynosi ona dobrych efektów.” Nasze dzieci – fizyczne, czy duchowe – w końcu same muszą zbudować relację z Bogiem Ojcem, rozeznać Jego Wolę co do swojego życia i nie możemy od nich oczekiwać, że będą przynosić takie „owoce” jak nam się marzy – lepiej byśmy oczekiwali, że przyniosą takie owoce, jakie marzą się Bogu. Jeżeli chcemy ludziom naprawdę pomóc, musimy ich od siebie uniezależniać i zawsze pokazywać im, że prawdziwe szczęście i pełnię powołania znajdą w bezpośredniej relacji z Bogiem.

I tak właśnie Jezus będzie dalej budował Kościół Swój, a bramy piekieł nie przemogą Go.

 

źródło: tekst autorski otwarteniebo24.pl (Ela Świerczyńska)

 

Magazyn